Jason deCaires Taylor jest artystą, który dla swoich dzieł znalazł nietypową przestrzeń. W podwodnych galeriach naturalnie starzeją się jego rzeźby, stając się jednocześnie domem dla ryb i fantastyczną bazą pod rafy koralowe.

Fot. Jason deCaires Taylor/Facebook

Fot. Jason deCaires Taylor/Facebook

Na jednym z najnowszych zdjęć, dokumentujących podwodny żywot rzeźb Jasona deCaires Taylora uchwycono „pocałunek” balistydy.

Działalność artystyczną Taylora można zaliczyć do jednego z najbardziej udanych ekologiczno-artystycznych projektów, ponieważ pozwala odciągnąć ławice turystów od naturalnych raf i zapewnić temu zniszczonemu środowisku czas na regenerację. Znajdujące się na dnie wystawy Taylora są bowiem barwną i atrakcyjną alternatywą dla nurków.

Więcej zdjęć oraz informacji o tym artyście znajdziesz w poprzednich tekstach Sztukatułki:

Podwodne galerie

Topielcy

Podwodne miasto

Japoński artysta Riusuke Fukahori „zamyka” rybki w żywicy. Nie sposób oskarżyć go jednak o znęcanie się nad zwierzętami…

Fot. https://www.facebook.com/Riusuke0Fukahori

Fot. https://www.facebook.com/Riusuke0Fukahori

Fukahori maluje trójwymiarowe złote rybki, używając do tego farb akrylowych i żywicy.

Fot. https://www.facebook.com/Riusuke0Fukahori

Fot. https://www.facebook.com/Riusuke0Fukahori

Zwierzęta są malowane na kolejnych warstwach – każda z nich zawiera detale przestrzennego obrazu, a efektem jest niezwykle realistycznie oddany podwodny świat

Fot. https://www.facebook.com/Riusuke0Fukahori

Fot. https://www.facebook.com/Riusuke0Fukahori

Technika, w której specjalizuje się Japończyk, jest bardzo precyzyjna i wymaga cierpliwości oraz przestrzennej wyobraźni.

Fot. https://www.facebook.com/Riusuke0Fukahori

Fot. https://www.facebook.com/Riusuke0Fukahori

Fot. https://www.facebook.com/Riusuke0Fukahori

Fot. https://www.facebook.com/Riusuke0Fukahori

Fot. https://www.facebook.com/Riusuke0Fukahori

Fot. https://www.facebook.com/Riusuke0Fukahori

Wszystkie zdjęcia pochodzą z oficjalnej strony artysty na Facebooku.

Drugie życie zabawek

Kategorie: Rozmaitości | Tagi: Second Life Toys, , zabawki | 16 maja 2016

Zabawki z doszytymi kończynami, wymienionymi uszami czy trąbami to pacjenci akcji Second Life Toys. I choć inicjatywa ma wymiar metaforyczny, dawcy naprawdę trafiają do bazy, a biorcy przechodzą specjalne operacje, po których wracają do swoich domów i mogą się cieszyć drugim życiem.

Fot. http://www.secondlife.toys

Fot. http://www.secondlife.toys

Dzięki transplantacjom uszkodzone zabawki wracają do sił. Na stronie Second Life Toys można zobaczyć zarówno dawców jaki i biorców organów.

I, co ciekawe, każdy może się do tej akcji przyłączyć, zgłaszając swoją „chorą” maskotkę lub udostępniając części ciała zdrowej zabawki.

Fot. http://www.secondlife.toys

Fot. http://www.secondlife.toys

Zainteresowani udziałem w akcji muszą najpierw wysłać zdjęcie zabawki-dawcy lub zabawki-biorcy. Po otrzymaniu komunikatu od organizatora, że zgłoszony pacjent został zakwalifikowany do transplantacji należy przesłać zabawkę na wskazany adres.

Operacje przeprowadzane są w Japonii.

Fot. http://www.secondlife.toys/en/

Fot. http://www.secondlife.toys/en/

Po operacji pacjent odsyłany jest do właściciela.

Fot. http://www.secondlife.toys

Fot. http://www.secondlife.toys

„Mamy nadzieję, że dzięki tej stronie i inicjatywie więcej ludzi lepiej zrozumie zagadnienie transplantacji organów” – napisali pomysłodawcy.

Fot. http://www.secondlife.toys

Fot. http://www.secondlife.toys

Operacje są bezpłatne, ale w związku z dużą liczbą zgłoszeń może się okazać, że na zwrot zabawki trochę poczekamy.

Fot. http://www.secondlife.toys

Fot. http://www.secondlife.toys

Więcej informacji na ten temat znajdziecie na oficjalnej stronie Second Life Toys.

Piętrowy domek do spania

Kategorie: Design, Rękodzieło | Tagi: | 02 marca 2016

Chwilę się zastanawialiśmy, w jakim łóżku chcielibyśmy spać, gdybyśmy znowu byli dziećmi. I w ten sposób powstała w naszej „domowej pracowni” piętrowa chatka do spania.

Fot. EKM/Sztukatułka

Fot. EKM/Sztukatułka

W pokoju należącym do trójki dzieci piętrowe łóżko często jest jedynym rozwiązaniem. Jeśli jednak najstarsze dziecko jest wciąż za małe, by spać na górze, trzeba uruchomić wyobraźnię.

Tak właśnie narodził się pomysł na piętrowy domek do spania. Piętro musiało być odpowiednio zabezpieczone, by jego energiczny mieszkaniec nie pokazał młodszemu rodzeństwu, jak fajnie jest zeskoczyć z łóżka na podłogę.

Dzielimy się pomysłem, bo może znajdą się rodzice, którym przyda się taki przepis na zagospodarowanie przestrzeni. Realizacja: Michał Morek, projekt: Ewelina Karpińska-Morek.

A teraz po kolei:

1) kupiliśmy w Ikei piętrowe łóżko Kura (koszt 499 zł, wymiary 90×200 cm)

2) z kantówek 3 cm x 3 cm oraz 2 cm x 4 cm powstał szkielet nadbudówki

Fot. EKM/Sztukatułka

Fot. EKM/Sztukatułka

3) do obicia domku wykorzystaliśmy deskę podbiciową (obita została tylko jedna ściana boczna oraz ściana frontowa)

Fot. EKM/Sztukatułka

Fot. EKM/Sztukatułka

Grubość wykorzystanej przez nas deski podbiciowej to 14 mm, a długość – 2,40 m. Z naszych obliczeń wynikało, że przy takiej długości deski będą najmniejsze straty, choć oczywiście można kupić również  podbitkę innej długości, jeśli planujemy zmienić wymiary nadbudówki.

Fot. EKM/Sztukatułka

Fot. EKM/Sztukatułka

Za drewno (podbitka + kantówki) oraz wszelkiego rodzaju kątowniki,  wkręty oraz inne elementy konstrukcji zapłaciliśmy około 300 zł.

Oryginalne wejście do łóżka zabudowaliśmy, by nie kusiło zanadto całej załogi maluchów. Pierwotny plan zakładał, że powstaną dwa łóżka piętrowe, a pod jednym z nich urządzimy miejsce do zabawy np. w sklep, pocztę, teatrzyk, etc. Wówczas drabinka przy odpowiednim zagospodarowaniu mogłaby robić za okienko z kasą.

Fot. EKM/Sztukatułka

Fot. EKM/Sztukatułka

Zabudowaną przestrzeń nad drabinką trzeba było jakoś zagospodarować, by wyglądała estetycznie. Stąd pomysł na atrapę drzwiczek.

Właściwe wejście zrobiliśmy z boku, bo akurat układ pomieszczenia i miejsce przeznaczone dla łóżka nas do tego zmusiły. Wiązało się to z wycięciem w bocznej  ściance otworu (otwór wejściowy ma wymiary 80 x 45 cm; w miarę szczupła osoba dorosła powinna się w nim spokojnie zmieścić).

Fot. EKM/Sztukatułka

Fot. EKM/Sztukatułka

Do wykończenia okienek wykorzystaliśmy listwy do szklenia, a szprosy i ramkę drzwi wykonaliśmy z listwy modelarskiej.

okna

Fot. EKM/Sztukatułka

Zdecydowaliśmy się na zabudowanie tylko połowy dachu – tej widocznej z pozostałej części domu. Druga połowa została otwarta, by przestrzeń nie była klaustrofobiczna.

Dodatkowe światło wpuściliśmy przez dwa okna i trzy otwory w kształcie wróbelków.

Fot. EKM/Sztukatułka

Fot. EKM/Sztukatułka

Wróbelki wycinaliśmy oczywiście już na gotowej obudowie. Wystarczy zwykła wyrzynarka, papier ścierny do wyszlifowania krawędzi i oczywiście kształt wycięty z papieru oraz ołówek do odrysowania. Wszelkie nieudane próby narysowania czegokolwiek na drewnie zniweluje się również papierem ściernym.

Fot. EKM/Sztukatułka

Fot. EKM/Sztukatułka

Dzieci wchodzą na górę po schodkach, które są po prostu regałem Trofast (Ikea). Praktyczna rzecz, bo w schodkach jest sporo miejsca na zabawki.

Parter to również miejsce do spania (w tej wersji naszego projektu). Dno łóżka z wygiętych listew służy jako podłoże pod materac. W tej chwili na parterze śpi dziecko, które ma 100 cm wzrostu. Może tam bez problemu usiąść. Co ważne, dno łóżka na piętrze jest dobrze umocowane – nie da się go podrzucić nogami podczas kopania siostry lub brata, które śpi piętro wyżej…

Fot. EKM/Sztukatułka

Fot. EKM/Sztukatułka

Piętrowy domek do spania został pomalowany impregnatem powłokotwórczym (kolor: biały kremowy, dwie warstwy).

Całkowity koszt (rama łóżka, drewno, materace, impregnat) to około 1200-1300 zł.

Warto pomyśleć nad ciekawym (oczywiście dobrze zabezpieczonym) oświetleniem domku od wewnątrz. Pokój dzieci robi się bardzo przytulny, gdy gaśnie główna lampa, a przez okienka i otwory w kształcie wróbelków wydostaje się światło, które rzuca dodatkowo miły cień na ścianę.

Narzędzia, które przydadzą się do wykonania łóżka:

– skrzynka uciosowa

– piła ręczna

– kątownik stolarski

– poziomica

– wyrzynarka

– wiertarka

– młotek

– metr stolarski lub zwijana miarka

 

1300 prętów w ścianie

Kategorie: Rzeźba | Tagi: | 20 grudnia 2015
„Cisza” w Łodzi brzmi jak 1300 prętów. Miasto jest już wielką galerią. Po kilkudziesięciu muralach czas na wprowadzenie do miejskiej tkanki innych form. W kolejce czeka między innymi rzeźba.
Instalacja "Cisza", autor: Łukasz Berger. Fot. Maciej Stempij

Instalacja „Cisza”, autor: Łukasz Berger. Fot. Maciej Stempij

W Łodzi został zrealizowany kolejny, bardzo ciekawy pomysł. To instalacja „Cisza”, czyli 1300 prętów w ścianie.
Metalowe elementy wykonane z kwasoodpornej stali indyjskiej zostały przymocowane prostopadle do powierzchni elewacji. Pręty, ułożone  gradacyjnie, jeśli chodzi o zagęszczenie, tworzą na ścianie kamienicy napis.
Autorem instalacji jest Łukasz Berger – wrocławski artysta, znany jako Cekas/Ceka100. Ukończył rzeźbę na Akademii Sztuk Pięknych we Wrocławiu.
Na zdjęciu Łukasz Berger podczas prac nad instalacją "Cisza", fot. Maciej Stempij

Na zdjęciu Łukasz Berger podczas prac nad instalacją „Cisza”, fot. Maciej Stempij

„Sam pomysł powstał na bazie obserwacji środowiska. Ludzie w mieście, internecie, pracy, wytwarzają informacyjny hałas/szum, który z  czasem niesłyszalny,  wciąż jest obecny. Ma on wpływ na jakość emocji i myśli, które w efekcie definiują nasze działania” – tłumaczy artysta.
Michał Bieżyński, kurator projektu z ramienia Łódzkiego Centrum Wydarzeń, opowiada, jak od podszewki wyglądała realizacja tego przedsięwzięcia:
„Zazwyczaj było tak, że znajdowałem odpowiednie ściany w centrum miasta, przesyłałem ich zdjęcia do artystów, a oni tworzyli projekty plastyczne dopasowane do kształtu, wymiarów i charakteru danych elewacji. W tym przypadku było odwrotnie – najpierw otrzymałem koncept plastyczny, do którego musiałem znaleźć odpowiednią elewację”.
Fragment instalacji "Cisza", fot. Maciej Stempij

Fragment instalacji „Cisza”, fot. Maciej Stempij

Jak wspomina, nie było to łatwe zadanie, ponieważ ściana musiała spełniać konkretne warunki: musiała być południowa, musiała być jednolitą płaszczyzną, bez żadnych okien, w dobrym stanie technicznym,  odpowiednio wyeksponowaną – tak, żeby otoczenie jak najmniej wpływało na tworzenie się na jej powierzchni dodatkowych cieni.

Najtrudniejsze, jak podkreśla kurator, było uzyskanie  zgody na przymocowanie do ściany 1300 metalowych elementów, ważących ponad pół tony. „Właściciele bardzo nieufnie podchodzili do całego projektu” – dodaje.

Ostatecznie instalacja została wykonana na kamienicy przy ul. Wólczańskiej 13.

W ścianie zostało osadzonych 1300 metalowych prętów, fot. Maciej Stempij

W ścianie zostało osadzonych 1300 metalowych prętów, fot. Maciej Stempij

„Instalacja ma charakter permanentny i oparta jest na grze ze światłem. Słoneczny cykl nadaje jej dynamicznego charakteru, a rysunek który tworzą cienie jest ściśle powiązany z porą dnia i roku. Poza tym, całość będzie oddziaływać też w nocy, przy świetle księżyca” – opowiada Bieżyński.
6a
„Dla mnie osobiście jest to bardzo wymowna realizacja. Wydaje mi się, że cel i idea jakie od początku przyświecały wielkoformatowemu projektowi, zostały już praktycznie wypełnione i czas najwyższy „wyciszać” tworzenie murali w przestrzeni miejskiej w Łodzi. Obecnie cała kolekcja składa się z prawie 50 obrazów i można już śmiało powiedzieć, że centrum Łodzi zostało w pełni nasycone malarstwem wielkoformatowym na najwyższym światowym poziomie. Pora na wejście w inne obszary artystyczne i rozbudowywanie miejskiej galerii sztuki o nowe obiekty” – podsumowuje Bieżyński.

W Łodzi, przy ul. Sienkiewicza 71, powstał nowy mural. Autorzy: Zoer i Velvet. Inspiracja? Japońska reklama walkmanów. A co wiemy o artystach? „Spokój w ich obrazach podszyty jest irracjonalnym poczuciem niepokoju”.

Nowy mural przy ul. Sienkiewicza 71 w Łodzi. Fot. Maciej Stempij, Paweł Nawrocki

Nowy mural przy ul. Sienkiewicza 71 w Łodzi. Fot. Maciej Stempij, Paweł Nawrocki

Zoer i Velvet to francuski duet młodych artystów. – Wieloletnia współpraca zaowocowała wytworzeniem realistycznego, wysublimowanego, zazwyczaj bardzo oszczędnego stylu, którego bazę stanowi fotografia. Zdjęcia są fundamentem ich prac, na ich podstawie artyści określają formę, charakter oraz układ swoich obrazów – mówi Sztukatułce Michał Bieżyński, kurator.

Podkreśla, że prace tego duetu to najczęściej „precyzyjnie, starannie wykonane kompozycje, układające się w lekko wyciszone, delikatnie nasiąknięte surrealizmem sceny”.

Nowy mural przy ul. Sienkiewicza 71 w Łodzi. Fot. Maciej Stempij, Paweł Nawrocki

Nowy mural przy ul. Sienkiewicza 71 w Łodzi. Fot. Maciej Stempij, Paweł Nawrocki

– Spokój w ich obrazach podszyty jest irracjonalnym poczuciem niepokoju. Minimalistyczny realizm miesza się z utopią. W swoich obrazach artyści zazwyczaj wykorzystują elementy związane bezpośrednio z miastem – budynki, ulice, samochody, środki komunikacji. Choć skupieni są przede wszystkim na klasycznym malarstwie, poza muralami oraz obrazami na płótnach, tworzą także grafiki oraz instalacje przestrzenne – podkreśla Michał Bieżyński.

Nowy mural przy ul. Sienkiewicza 71 w Łodzi. Fot. Maciej Stempij, Paweł Nawrocki

Nowy mural przy ul. Sienkiewicza 71 w Łodzi. Fot. Maciej Stempij, Paweł Nawrocki

Bieżyński, dzięki któremu Łódź zapełniła się kolorowymi miejskimi malowidłami, zaznacza, że autorzy ostatniego muralu – Zoer i Velvet – nie stronią również od graffiti i typografii, często wplatając litery do swoich obrazów.

– Nierzadko „wycinają” wizualne elementy rzeczywistości spotkane w różnych miastach świata, umiejscawiając je później na muralach gdzie indziej. Powoduje to tworzenie swoistych mariaży wizualno-kulturowych, mieszających ze sobą estetykę i kody wizualne różnych części świata – zaznacza kurator.

Skąd artyści czerpali inspiracje? – W przypadku muralu w Łodzi kolorowe symbole, dominujące nad całą kompozycją, zostały zaczerpnięte z japońskiej reklamy walkmanów z lat 80. Cała scena zaś, jest zdjęciem karuzeli znajdującej się w jednym z tokijskich wesołych miasteczek – tłumaczy Bieżyński.

„Dzikie dzieci” Fullerton-Batten

Kategorie: Fotografia | Tagi: | 28 listopada 2015

– Genie mnie przerażała. Nie byłam pewna, czy będzie pasować. Ale czułam, że jej historia jest ważna i że należy ją przedstawić – opowiada mi Julia Fullerton-Batten. W serii poruszających fotografii zaszyfrowane zostały historie prześladowanych dzieci.

Prava, Rosja (2008) /Julia Fullerton-Batten /facebook.com

Prava, Rosja (2008)
/Julia Fullerton-Batten /facebook.com

7-letni Prava potrafił ćwierkać i trzepotać rękami. Przez lata żył w pokoju pełnym klatek, ptaków i ich odchodów. Nie był bity, regularnie jadł, ale do 2008 roku nie miał możliwości porozmawiania z drugim człowiekiem. Potrafił się porozumiewać jedynie z fruwającymi współlokatorami. Dziś lekarze walczą o to, by kiedyś mógł normalnie funkcjonować.

To jedna z wielu historii, którymi żyły media. Do przypadków prześladowanych dzieci, które musiały się wychowywać ze zwierzętami, wraca w swojej serii zdjęć Julia Fullerton-Batten.

O pomyśle na projekt „Feral Children”, celu, w jakim powstał, i historiach, które nigdy nie powinny się wydarzyć rozmawiam z jego autorką. Przed przeczytaniem tej rozmowy zachęcamy do obejrzenia zdjęć „dzikich dzieci”. Fotografie wraz z krótkimi opisami poszczególnych przypadków są dostępne TUTAJ.

– – –

To mroczny świat, a w główne role musiały się wcielić dzieci. Rozmawiała pani z nimi na temat postaci, które odgrywają?

Julia Fullerton-Batten: – Najpierw był casting, a później rozmawiałam na temat detali z dziećmi i ich rodzicami. Tłumaczyłam, że zostaną ucharakteryzowani – będą wyglądali jak półnadzy, brudni, posiniaczeni czy poranieni. Jednej dziewczynce musieliśmy wplątać we włosy robaki, by małpy podchodziły do niej i mogły je wyciągać. Ale nie wykorzystałam tego zdjęcia. Była dzielna, ale fotografia wyszła źle.

Rodzice protestowali?

– Część rodziców uznała te historie za bardzo niepokojące. Nie byli przekonani co do udziału dzieci w projekcie. Ale wszyscy byli zadowoleni z tego pomysłu, gdy tłumaczyłam, że głównym powodem jest zwiększenie świadomości na temat cierpień, jakich doświadczają dzieci.

Która z opowiedzianych za pośrednictwem fotografii historii wzbudziła najwięcej emocji?

– Genie mnie przerażała. Nie byłam pewna, czy będzie pasować do ogólnej koncepcji. Ta historia nie miała związku ze zwierzętami. Ale czułam, że jej postać jest ważna i że należy o niej powiedzieć, bo odzwierciedla wiele bardziej aktualnych przypadków molestowania, prześladowania dzieci.

Genie /Julia Fullerton-Batten /facebook.com

Genie
/Julia Fullerton-Batten /facebook.com

Możemy o niej coś więcej powiedzieć?

– Zamknięta w małym pomieszczeniu, przywiązana do krzesła w ciągu dnia, a w ciągu nocy do łóżka – ze skrępowanymi nogami i rękami. Sama, nie wliczając ojca, który ją bił i faszerował jej usta surowymi jajkami. To trwało 13 lat. Myślałam o sytuacji, w jakiej się znalazła, i cierpiałam razem z nią w myślach. Dzisiaj jest oczywiście osobą zniekształconą fizycznie, borykającą się z problemami psychicznymi.

Skupia się pani głównie na przypadkach dzieci, które wychowywały się ze zwierzętami. Genie wykracza poza te ramy. Nie było pokusy sięgnięcia jeszcze po inne, znane z mediów, historie – po Cleveland czy Josepfa Fritzla?

– Historia Genie jest dla mnie szczególnie wzruszająca. Jestem pewna, że wiele osób, które spojrzą na tę fotografię lub przeczytają opowieść o tej niewoli, znajdzie się w trudnej sytuacji emocjonalnej. Tak trudnej, w jakiej ja się znalazłam. Chociaż przypadki Cleveland i Fritzla są przerażające i odrażające, to postanowiłam, że tylko jeden przypadek bez zwierząt w tle pojawi się w mojej serii. I właśnie za pośrednictwem Genie chciałam zilustrować deprawację niektórych rodziców.

– Ojciec Genie, który popełnił ostatecznie samobójstwo na krótko przed rozpoczęciem procesu, nigdy nie przyznał się do tego, że postępował źle!

Doniesienia o takich tragediach pojawiają się od czasu do czasu w mediach.

– Nie jestem pewna, czy w codziennych wiadomościach pojawiają się przypadki „dzikich dzieci”. Na pewno mamy do czynienia z zaniedbaniem, maltretowaniem czy pedofilią. Świadomie sportretowałam przypadki, które dotyczą historii z kilku wieków, czterech kontynentów, mają różne tła, bo są związane z innymi zwierzętami, państwami, miejscami. Mam nadzieję, że dzięki zestawieniu ekstremalnych przypadków projekt ten zwiększy świadomość społeczną, że przypadki – jak te pokazane przeze mnie i te, o których pani mówi – są nadal zbyt powszechnym zjawiskiem.

Co było fundamentem tego pomysłu?

– Inspiracja pojawiła się właściwie przypadkowo. Miałam okazję przeczytać biografię Mariny Chapman („The Girl with No Name: The Incredible True Story of a Child raised by Monkeys”, Marina Chapman, Vanessa James). Zainspirowana tą książką doszłam do wniosku, że temat będzie dobrym materiałem na duży projekt z mocnym przesłaniem.

Długo szukała pani „dzikich dzieci”?

– Poświęciłam sporo czasu na zbadanie tła udokumentowanych przypadków „dzikich dzieci”. Część z nich znalazłam w sieci, w tym zestawienia przypadków – zarówno z 18. wieku, jak i te bliższe nam – z 21. wieku. Bazowałam również na książkach, takich jak „Savage Girls and Wild Boys: A History of Feral Children” Michaela Newtona i „Genie: A Scientific Tragedy” Russa Rymera – tam docierałam do szczegółowych informacji.

Oksana Malaya, Ukraina (1991) /Julia Fullerton-Batten /facebook.com

Oksana Malaya, Ukraina (1991)
/Julia Fullerton-Batten /facebook.com

– Również Mary-Ann Ochota pomogła mi w tych poszukiwaniach, jestem jej bardzo wdzięczna. Jej telewizyjny serial na ten temat był niezwykle inspirujący. Opisała swoje prywatne spotkania z trzema osobami, które dziś są dorosłe, a kiedyś były „dzikimi dziećmi”. Po tych traumatycznych doświadczeniach z dzieciństwa, dziś wiodą normalne życie.

– – –

Co się stało z dziećmi, których historie zostały opowiedziane w fotografiach Fullerton-Batten?

Genie (przypadek z 1970 r.) została umieszczona w ośrodku dla psychicznie chorych, stan Madiny (przypadek z 2013 r.) lekarze oceniają jako zadowalający i twierdzą, że może się jej uda nadrobić zaległości, Iwan Miszukov (przypadek z 1998 r.) dziś wiedzie normalne życie, Prava (przypadek z 2008 r.) został zamknięty w szpitalu dla psychicznie chorych, Sujit (przypadek z 1978 r.) ma dziś 30 lat – ma poważne problemy psychiczne, Oksana (przypadek z 1991 r.) też ma 30 lat. Jej dom to klinika w Odessie.

– Uważam, że te 15 zilustrowanych przeze mnie przypadków (te, których nie ma w tekście, znajdziecie na stronie artystki – red.), jak i pozostałe udokumentowane historie, z pewnością wpłyną na emocje odbiorców w bardzo mocny sposób. Często zadaję sobie pytanie, czy takie historie są dzisiaj możliwe. Wierzę, że są. Po zrealizowaniu serii zdjęć zapragnęłam, by te przypadki stały się powszechnie znane, bo w moim odczuciu zwiększy to świadomość, że podobne sytuacje mogą mieć miejsce tuż za rogiem, gdzieś w świecie – podsumowuje w rozmowie z Interią Julia Fullerton-Batten.

Ewelina Karpińska-Morek

Źródło:

Zdjęcia wykorzystane w tekście pochodzą z oficjalnej strony Julii Fullerton-Batten.

Żywe głowy Tauerbacha

Kategorie: Architektura, Muzyka, Performance, Rozmaitości, Taniec | Tagi: Alchemia Światła, Anna Dymna, Dorota Segda, Franciszek Muła, głowy wawelskie, iluminacje, Janusz Radek, Jerzy Stuhr, Jerzy Trela, Kajetan Wolniewicz, , Tauerbach, Tauron, Wawel | 22 września 2015

Alchemia światła, żywe głowy Tauerbacha, barwy ustawione w szyku na wawelskich krużgankach. Artystyczny powrót do legend, historii i dźwięków, które pod cieniem nadlatującego smoka wybrzmiewają w Krakowie w sposób szczególny.

Fot. Ewelina Karpińska-Morek/Interia

Fot. Ewelina Karpińska-Morek/Interia

Piętrowa, barwna kompozycja multimedialna, niezwykle wprawnie utkana z technik, które poruszyły wyobraźnię widza – tak można w skrócie opisać spektakl „Alchemia Światła”, który w miniony weekend został odegrany w historycznej scenerii Krakowa.

Dziedziniec wawelskiego zamku – wraz z architektonicznym zapleczem – posłużyły za scenę oraz płótno, na którym mistrzowie światła wyczarowali sceny i postaci z legend.

Fot. Ewelina Karpińska-Morek/Interia

Fot. Ewelina Karpińska-Morek/Interia

Spektakl został podzielony na kilka tematycznych części, w których przeplatały się różne motywy i techniki. Nie wszystkie zachwycały w sposób jednakowy. Scenami wybijającymi się były na pewno te związane z Wiślanami (zwłaszcza śpiew księcia Kraka) oraz budowa warownego grodu i zburzenie go przez smoka, a także monolog Alchemika.

Do spektaklu zaproszono bowiem znanych aktorów – m.in. Jerzego Trelę, Jerzego Stuhra, Annę Dymną czy Dorotę Segdę. O ile ożywienie głów Tauerbacha twarzami Treli, Dymnej i Stuhra było bardzo ciekawym i udanym zabiegiem, o tyle widz mógł się czuć zawiedziony występem Doroty Segdy, której umiejętności aktorskie – osaczone dźwiękiem, ruchem i migoczącymi barwami – zupełnie w tej koronkowej konstrukcji zginęły.

Wielkoformatowe animacje zdominowały widowisko. I dobrze, bo to był główny i najlepszy punkt spektaklu. Towarzysząca im muzyka uzupełniała całość, ale już taniec – zwłaszcza w ostatniej, zamykającej scenie, był tym elementem, który można było pominąć. Choć jako osobny występ – i w innych okolicznościach – z pewnością należałoby uznać za ciekawy i profesjonalny.

Legendy – co należy podkreślić – zostały opowiedziane w sposób bardzo plastyczny, pobudzający wyobraźnię. Przewinęły się przez nie znane postaci – książę Krak (Janusz Radek), Stańczyk (Franciszek Muła), Smok Wawelski, Królowa Państwa Wiślan (Dorota Segda), Alchemik (Kajetan Wolniewicz). Obok legend odbyła się w tej barwnej scenerii przyjemna lekcja historii.

Zastosowanie różnorodnych technik graficznych, najnowocześniejszych narzędzi multimedialnych, zderzenie ze sobą obrazu, muzyki, efektów specjalnych, wykorzystanie mappingu 3d, technik filmowych i wielkoformatowej animacji w formie oraz miejscu, które do tej pory nie były w ten sposób wykorzystywane, pozwala mi szczerze napisać, że będę niecierpliwie czekać na kolejne części.

Poniżej wybrane zdjęcia z „Alchemii Światła”:

Fot. Ewelina Karpińska-Morek/Interia

Fot. Ewelina Karpińska-Morek/Interia

Fot. Ewelina Karpińska-Morek/Interia

Fot. Ewelina Karpińska-Morek/Interia

Fot. Ewelina Karpińska-Morek/Interia

Fot. Ewelina Karpińska-Morek/Interia

Fot. Ewelina Karpińska-Morek/Interia

Fot. Ewelina Karpińska-Morek/Interia

Fot. materiały organizatora

Fot. materiały organizatora

Fot. materiały organizatora

Fot. materiały organizatora

Fot. materiały organizatora

Fot. materiały organizatora

Więcej zdjęć znajdziesz TUTAJ.

Agatha Christie uśmiecha się tajemniczo zza mandoliny. To jedno z nieznanych zdjęć pisarki. Serię – „Niedokończony portret” – można oglądać w Londynie.

Fot. bbc.com

Serii fotografii pt. „Niedokończony portret” towarzyszą barwne cytaty, pochodzące zarówno z publikowanych wcześniej, jak i tych nieznanych fragmentów prywatnej korespondencji autorki.

Przyciągają więc nie tylko archiwalne fotografie, ale również obrazy wprawnie malowane przez pisarkę słowem:

„Byliśmy jak niesforne kwiaty, czasem może jak chwasty. Ale mimo to wszyscy bujnie wzrastaliśmy, wciskając się siłą w szczeliny chodnika i w inne niezbyt przychylne miejsca.

Byliśmy zdeterminowani, by wypełniać życie i cieszyć się nim, wyginając się mocno w stronę słońca, zanim ktoś po prostu na nas nadepnie.

Posiniaczeni od czasu do czasu szybko się regenerowaliśmy” – pisała Agatha Chriestie.

Na zdjęciu Agatha Christie wraz z przyjaciółmi na molo w Torquay/bbc.com

Na zdjęciu Agatha Christie wraz z przyjaciółmi na molo w Torquay/bbc.com

„Jazda na wrotkach była modnym sposobem na spędzanie wolnego czasu. Molo miało wyboistą powierzchnię, łatwo było się więc przewrócić, ale to była świetna zabawa” – fragment autobiografii.

„Czułam się jak lis, na którego polowano. Wkoło słyszałam skowyt psów. Nienawidziłam rozgłosu w każdej postaci, a teraz mam taką dawkę, że czasem wydaje mi się, że sobie nie poradzę” – fragment autobiografii.

Agatha Christie /banksidegallery.com/The Christie Archive

Agatha Christie
/banksidegallery.com/The Christie Archive

„Jestem niesamowitą maszyną do robienia kiełbasy, perfekcyjną wręcz! Zawsze mi się wydaje, że to już prawie koniec, a potem jestem zadowolona, że od razu zaczyna się coś nowego. I wcale nie jest tak trudno pomyśleć o czymś nowym po tym wszystkim” – cytat z wywiadu dla gazety „he New York Daily News”.

Fot. Svend Aage Dantoft. 1967 r. (bbc.com)

Fot. Svend Aage Dantoft. 1967 r. (bbc.com)

„Pamiętam niektóre lalki. Na przykład Phoebe, o którą się za bardzo nie troszczyłam, a także tę, którą nazywałam Rosalind lub Rosy. Miała długie, złote włosy, a ja niewyobrażalnie ją podziwiałam. Stworzyłam swój wlasny świat i swoje koleżanki. Naprawdę sądziłam, że to coś wspaniałego! Nigdy, przenigdy w swoim życiu nie miałam do czynienia ze stanem nudy” – fragment autobiografii.

„To przecinanie fal, które wydawało się odbywać z prędkością około 200 mil na godzinę; cała droga z odległego miejsca do momentu, zanim dotarło się do plaży… To jedna z najdoskonalszych aktywności fizycznych, jakie znam” – fragment autobiografii.

Muizenberg, 1922 r. Fot. bbc.com

Muizenberg, 1922 r. Fot. bbc.com

Wystawę „Niedokończony portret” można oglądać w Bankside Gallery w Londynie do 6 września.

Źródło:

bbc.com

Na kurzej stopce

Kategorie: Architektura | Tagi: , dom herbaty, dom na drzewie, Edmund Sumner, , Terunobu Fujimori | 26 sierpnia 2015

Wizje z dzieciństwa rosną razem z nami, stając się w swoich dojrzałych wersjach prawdziwym wyzwaniem dla domorosłych architektów…

kurzaNa zdjęciu autorstwa Edmunda Sumnera nietypowy dom zaprojektowany przez Terunobu Fujimori.

Obiekt znajduje się w Chino, w japońskiej prefekturze Nagano.

Do domu, wzniesionego na szczycie dwóch kasztanowców, można się dostać jedynie po drabinie.

dom

Przywiązani do tradycji mistrzowie herbaty zwykle nie angażują architektów, ani nawet stolarzy. Swoje przytulne domy projektują i wznoszą samodzielnie.

Tak było również w przypadku tej konstrukcji.

Na zdjęciu poniżej mistrz Fujimori.

herb

Źródło:

Dezeen.com