Speed painting

Kategorie: Performance, Rysunek i malarstwo | Tagi: Brian Olsen, Dan Dunn, Denny Dent, Gary Brolsma, John Lennon, Num Numa, speed painting | 12 kwietnia 2011
Post

Zamiast toksycznych „olejów” – czekolada i keczup, zamiast pędzla i szpachli – łyżka i frytki. I stoper w ręku. A wernisaż tak – jak najbardziej – tylko że na You Tube…

Do namalowania portretu wystarczy czekolada i łyżka, fot. YouTube.com

Ten rodzaj „twórczości” jest dość kłopotliwy do sklasyfikowania. Młoda, niekonwencjonalna i dość „ulotna” lub – inaczej rzecz ujmując „szybko degradowalna” sztuka ma się nijak do tradycyjnego wyobrażenia aktu twórczego, który dokonywał się w plenerze, studiu, gdziekolwiek – i rozciągał się do kilku miesięcy medytacji nad zagruntowanym w zaciszu własnej pracowni płótnem.

Znikają tradycyjne media malarskie, techniki, umiejętność patrzenia na malowany obiekt i dostrzegania subtelności kolorystycznych. I o ile osoby trudniące się speed paintingiem nie są artystami w tym najbardziej tradycyjnym rozumieniu, w wielu przypadkach nie brakuje im talentu.

Moim ulubionym przykładem „sztuki na gorąco” jest malowany syropem czekoladowym i łyżką portret – jeśli się nie mylę – Gary’ego Brolsmy (zobacz film). Wszystko w takt rytmicznej piosenki „Num Numa Song” (w sieci spotkacie się z różną pisownią) , która stała się internetowym hitem i jest przez niektórych uważana za parodię „Dragostea din tei”.

Denny Dent maluje portret Johna Lennona, fot. YouTube

Jej autor – portretowany w szalonym akcie speed paintingu – jest 25-letnim Amerykaninem. Znają go miliony użytkowników na świecie. Który współczesny artysta ma dziś taką rozpoznawalność? Na którym wernisażu trzeba się przeciskać przez takie tłumy?

Speed painting wymyślił Denny Dent, który zarazem stał się jednym z najbardziej znanych przedstawicieli tego „nurtu” (bo autor wspomnianego wyżej portretu jest znany głównie dzięki piosence). Specjalizował się w malowaniu portretów znanych gwiazd (patrz zdjęcie po lewej).

To obrazy malowane z rozmachem, frywolnością, ale i wrażliwością. Akt twórczy ogranicza się do czasu trwania jednej dłuższej, bądź kilku krótszych piosenek.

Zaczyna się tak: artysta staje przed gigantyczną czarną powierzchnią, w dłoniach trzyma po kilka pędzli, zanurza je w farbach i rzuca na płaszczyznę niezobowiązujące plamy, z których w bardzo krótkim czasie wyłania się wierne odwzorowanie portretowanego.

Zachęcam do obejrzenia filmu, na którym Dent maluje portret Johna Lennona. W takim wydaniu artysta staje się performerem. Rezygnuje ze spokojnej pracowni i relaksującego pleneru na rzecz spektaklu przed szeroką publicznością. A to o wiele trudniejsze, próba generalna – ludzie nie lubią pomyłek i przychodzą, żeby oglądać geniuszy… lub przynajmniej zdolniejszych od siebie.

Denny Dent zmarł w 2004 roku. Przed śmiercią udało mu wyszkolić swojego następcę. Brian Olsen miał już wcześniej kontakt ze sztuką i nie brakowało mu talentu. Dent pomógł mu jedynie „odnaleźć jego prawdziwe powołanie” – czytamy na oficjalnej stronie Olsena.

Młody „czeladnik” stał się być może największym dziełem Denta. Idąc w jego ślady, zapewnił zapoczątkowanemu przez Denta nurtowi nieśmiertelność. I po raz kolejny udowodnił, że dzieło sztuki jest jedynie zwieńczeniem o wiele bardziej wartościowego procesu jego powstawania.

Portret namalowany keczupem i frytkami, fot. YouTube (Speed Painting with Ketchup and French Fries)

Publiczność obserwująca ten proces doświadcza przeżyć artysty – emocjonalnie utożsamia się z jego reakcjami: doznaje ekscytacji towarzyszącej malowaniu obrazu, czuje się równie zaskoczona, gdy coś pójdzie nie po myśli, odczuwa zadowolenie z efektu końcowego.

Można się pokusić o stwierdzenie, że taka sztuka oferuje swego rodzaju reality show. Otwiera kulisy powstawania dzieła dla szerokiej publiczności, która z reguły jest dopuszczana jedynie do oglądania efektu końcowego. Często – w tym tradycyjnym procesie tworzenia – to, co dzieli czyste płótno od ukończonego dzieła, nie nadaje się do pokazania… W speed paintingu nie ma półśrodków.

Innym znanym speed painterem jest Dan Dunn, którego – jak przeczytałam na jego stronie – można „wypożyczyć” na „event”. Biorę w cudzysłów to słowo, bo jest okropne, ale nie znalazłam polskiego odpowiednika, oddającego znaczenie w tak samo obszernym zakresie, jak angielski pierwowzór.

Dun Dann maluje przed publicznością np. danej firmy, a pracownicy mają możliwość doświadczenia sztuki w niekonwencjonalny i interesujący sposób.

Po całym procesie obraz jest wystawiany na licytację, a kwota przeznaczana na charytatywny cel.

Takie podejście do pracy oznacza, że artysta musi być przy okazji specjalistą od PR-u i marketingu.

Nie powinno to dziwić, bo umiejętność kreowania własnego wizerunku, reklamowania się i sprzedawania swoich prac od zawsze były wpisane w zawód artysty. Tylko w nieco zmienionej formie i ukryte pod mniej „światowymi” pojęciami…

Źródła:

Denny Dent

Brian Olsen – Art in Action

Dan Dunn – Paint Jam

Numanetwork.com

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

*