Magritte podlewa świat ekonomistami w melonikach. Gdy wszyscy spodziewają się, że po takim deszczu w warzywniaku będzie można kupować akcje, zasłania twarz jabłkiem i bezdusznie się śmieje. Pyka wyimaginowaną fajkę i chowa Maneta do zgiętej trumny.

"Golkonda", René Magritte. Fot. Agencja FORUM

Deszcz mężczyzn w melonikach, biznesmeni zawieszeni w przestrzeni, czy grad ekonomistów lecący w stronę nieba? Trudno powiedzieć.

René Magritte z żoną Georgette Berger, ok. 1922 r. Fot. Agencja FORUM

Ta surrealistyczna „tapeta” z układanką mężczyzn po prostu bawi oko. Wyzywa wyobraźnię na pojedynek, a twórca otwiera interpretacyjną furtkę.

Przy okazji, z reklamą którego banku kojarzy się Wam ten obraz?

Niedawno pisałam o Duchampie i jego „readymades” („Gdyby babcia miała wąsy” – zobacz). Magritte oddaje się podobnym zabawom.

Maluje zwykłe przedmioty i daje im nowe życie, zmieniając ich dotychczasowe funkcje.

To, co widać na jego obrazach, jest jedynie reprezentacją rzeczywistości. Tak więc fajka ze słynnego obrazu „Zdradliwość obrazów” w rzeczywistości nią nie jest, choć dalibyśmy głowę…

Dojście do takiego wniosku ułatwia zdanie umieszczone pod wyobrażeniem fajki: „Ceci n’est pas une pipe” („to nie jest fajka”).

Argumentem, którego obalić się nie da, jest fakt, że owego przedmiotu nie możemy nabić tytoniem i zapalić.

I ciężko z tym polemizować…

"Zdradliwość obrazów", René Magritte. Fot. Agencja FORUM

Natalia Budzyńska w swoim tekście „Surrealizm bez emocji” („Przewodnik Katolicki”) zarzuca Magritte’owi, że jego obrazy, przesycone filozofią, stały się „przeintelektualizowane, chłodne, niewzruszające, żeby nie powiedzieć puste”.

"Gwałt", René Magritte. Fot. AFP

Choć nie są to obrazy, które wypełniają wnętrza słońcem, jak impresjonistyczne pejzaże, zarzucanie im chłodu, pustki czy przeintelektualizowania, jest – moim zdaniem – oceną na wyrost. I czy każde dzieło jest obarczone jarzmem katharsis?

Obrazy Magritte’a są wciągające i zmuszają do myślenia – nawet wtedy, gdy nie zna się jego filozofii i intencji. Ja się daję wciągnąć w tę grę, choć prywatnie nie przepadam za jego twórczością. Ale lubię zagadki, a pan Magritte dostarcza ich całe mnóstwo.

„Dzisiaj można zastanowić się, czy sztuka Margritte’a, wierna surrealistycznym manifestom, ma coś do powiedzenia, czy jest jedynie zwykłym naciąganiem niezbyt zdolnego malarza” – pisze Natalia Budzyńska.

Czy sztukę można oceniać jedynie po stopniu jej zbieżności z manifestami i zdolnością do „mówienia czegoś wielkiego”. Uważam, że nie.

Czasem sztuka jest zabawą, kpiną, szyderą, ilustracją, a znawcy na siłę próbują doszukiwać się znaczeń. Ale trzeba im wybaczyć, też z czegoś muszą żyć;)

Dla przykładu: trumna niekoniecznie musi konotować tak ponure skojarzenia jak śmierć. Na poniższym zestawieniu zobaczycie dwa obrazy: pierwowzór, jakim jest „Balkon” Maneta i „Perspektywę” – wizję Rene Magritte’a.

Naiwnością byłoby twierdzenie, że oto zjawia się przed nami widmo śmierci i wszyscy skończymy w takich pudełkach.

Magritte wprowadza podwójny typ deformacji – zamienia osoby na trumny i dodatkowo jedną z nich wygina na potrzeby wiernego odwzorowania kompozycji.

"Perspektywa", René Magritte (L), "Balkon", Édouard Manet (P), fot. Agencja FORUM

Jak zauważają Piotr Markiewicz i Piotr Przybysz w „Neuroestetycznych aspektach komunikacji wizualnej i wyobraźni”, wprowadzenie trumny w jej najbardziej popularnym kształcie „zakłóciłoby relacje przestrzenne pierwowzoru”. Dzięki dogięciu rekwizytu do potrzeb, dochodzi do zaalarmowania systemów pamięciowych odbiorcy- jest to dodatkowy bodziec, który ułatwia skojarzenie obrazu Magritte’a z pierwowzorem.

Na pierwszy rzut oka wygląda to na skomplikowaną tezę, ale w gruncie rzeczy chodzi o bardzo prosty mechanizm skojarzeń. Oczywiście, żeby rozwikłać „zagadkę” malarza, trzeba znać obraz Maneta.

Ciekawy to zabieg – pobudza pamięć semantyczną i rozwija bazę skojarzeń. Dobija się w typowy dla surrealistów sposób do podświadomości.

Ale to nie Magritte jest ostatnim ogniwem łańcucha. Gdyby się komuś wydawało, że wykorzystanie czyjegoś dzieła sztuki do własnych celów – tak jak to zrobił Magritte z obrazem Maneta – jest nie w porządku, to uspokajam: Magritte też tego doświadczył.

Jego obrazy zostały przywołane w przygodowej grze komputerowej. Co ciekawe – wymyślonej przez Polaka.

Fragment gry "Magritte"

Jej akcja dzieje się we Wrocławiu, a raczej jego odbiciu funkcjonującym w alternatywnej rzeczywistości stworzonej na podobieństwo obrazów słynnego belgijskiego malarza. Sztuka przeplata się z architekturą i historią miasta.

Jak zapewnia twórca, projekt miał za zadanie udowodnić, że można się uczyć przez rozrywkę – zgodnie z myślą Johana Huizingi, autora „Homo ludens. Zabawa jako źródło kultury”.

Celem Marcina Drewsa było pokazanie, że prostą edukacyjną grę przygodową jest w stanie stworzyć, na potrzeby własnej pracy z młodzieżą, nauczyciel, który nie zna języka programowania.

I nie trzeba wciskać na siłę szkolnych interpretacji, które lądują na kartkach zeszytów z pominięciem procesu myślenia. Bo to, co pojawia się na papierze w formie zdań, niekoniecznie jest prawdziwe. Zgodnie z filozofią Magritte’a to jedynie wyobrażenie cudzych poglądów. Nie musimy w nie wierzyć – podobnie jak w fajkę. Magritte przeciśnięty przez cudzą wyobraźnię staje się tym, co widzisz poniżej…

"To nie jest Rene Magritte", fot. geroimenko.com

Źródła:

Jody Zellen, Rene Magritte

Piotr Markiewicz, Piotr Przybysz, Neuroestetyczne aspekty komunikacji wizualnej i wyobraźni

Rene Magritte, Lithograph, Golconde (Golconda), 1953

Natalia Budzyńska, Surrealizm bez emocji, „Przewodnik Katolicki”

Polecam:

Gra komputerowa Magritte

Wirtualne Muzeum Magritte’a

Pan Magritte – Blog Latającej Pyzy

Podglądacze

Kategorie: Film, Fotografia, Rysunek i malarstwo | Tagi: Alfred Hitchcock, Big Brother, , Kohei Yoshiyuki, Krzysztof Iwin, Okno na podwórze, reality show | 28 marca 2011

To dziwna telewizja, perwersyjne kino wojeryzmu. Gasisz światło i oglądasz film. Kino akcji, telenowelę, romansidło, pornograficzną scenkę. W rolach głównych: sąsiedzi.

"Okna nocą", Edward Hopper (1928 r.) Obraz znajduje się w Museum of Modern Art

Dopóki nie było telewizji i programów reality show, skłonności do podglądania musiały się zmieścić w dziurce od klucza. Teraz, gdy dziura ta rozrosła się do rozmiarów obiektywu aparatu, ekranu telewizora, czy kina i kłopotliwe skłonności zostały w pewnym sensie „legitymizowane” i nobilitowane do rangi rozrywki, obnażanie prywatności stało się legalnym „procederem” – ku uciesze obnażających się i widzów.

"Podglądacz", Krzysztof Iwin. Fot. galeria-brama.art.pl

Edward Hopper, chcąc pokazać samotność mieszkańców Nowego Jorku i to, w jaki sposób wielkomiejski świat wpływa na zatracenie się człowieka w niewzruszonej, pozbawionej przyrody, rzeczywistości, tworzył pejzaże przemysłowe, ilustrował osamotnionych ludzi na ulicach megalopolis i zaglądał do okien, by pokazać „bebechy” tego życia.

Jego wizja  „kina domowego” z lat 30. XX wieku (patrz obraz „Okna nocą”) jest doskonałą ilustracją ludzkiej ciekawości i skłonności do podpatrywania, co robią inni.

Malarz utrzymuje widza w stanie niepewności, łechta ciekawość – scena nie jest oczywista. Nie wiemy, co robi odwrócona do nas tyłem, pochylona kobieta. Osoba patrząca na obraz staje się mimowolnie podglądaczem.

Wszystko dzieje się wieczorem lub w nocy. Ciemna elewacja budynku i ułożenie okien przypominają fotoplastikon, urządzenie w którym ogląda się fotografie.

Dziś miejską rolę fotoplastikonu doskonale spełniają bloki mieszkalne. Gdy zapada zmrok włącza się kilkadziesiąt „telewizorów” na raz. W każdym można zobaczyć inny program…

Do motywu obserwowania cudzego życia sięgnął Alfred Hitchcock w swoim dreszczowcu „Okno na podwórze”. Oto unieruchomiony na wózku- po złamaniu nogi -  fotograf Jeff, oddaje się śledzeniu losów sąsiadów.

Akcja filmu snuje się wokół scen wypatrzonych w oknach.

Mężczyzna nabiera podejrzeń, że w jednym z mieszkań doszło do morderstwa. To spostrzeżenie zawiązuje akcję filmu z zaskakującym finałem i wprowadza widza w labirynt podejrzeń opartych na zaobserwowanych scenach.

To jak bilet do kina na kilkanaście filmów na raz.

Kadr z filmu "Okno na podwórze" Alfreda Hitchcocka, fot. Agencja FORUM

Cofnijmy się do 2001 r.  Dziś można spojrzeć na Big Brothera z pewnej perspektywy, ale wtedy, gdy był wielkim telewizyjnym hitem, przyciągał każdego tygodnia przed ekrany 4,5 mln widzów! To 4,5 mln podglądaczy.

 

W takim aspekcie podglądactwo jest formą rozrywki, a granica między tym, co powszechnie dostępne i prywatne zaczyna się coraz bardziej rozmazywać w kulturze masowej. Programy reality show są odpowiedzią mediów na niezdrową ciekawość człowieka.

"Poranek na Cape Cod", Edward Hopper

Większość osób – zarówno tych, które śledziły losy bohaterów trzeciej edycji Big Brothera, jak i zdeklarowanych przeciwników tego programu – pamięta sensację, jaką wzbudziło „łaźniano-erotyczne” wydanie Frytki. I prawie każdy (zostawiam margines dla deklarujących wyjątkowość w formie Tartuffe’a) chciał to zobaczyć.

Szczytem hipokryzji byłoby całkowite odcinanie się od tej słabości. Karmienie ciekawości większymi czy mniejszymi porcyjkami „cudzesów” leży w ludzkiej naturze i można je uznać za akceptowalne, chyba, że ciekawość przybiera formę wojeryzmu… (1).

Skrajnym przykładem takich skłonności jest cykl  „Park” z 1971 r. Japończyka Kohei Yoshiyukiego.

Są to zdjęcia podglądaczy, którzy pod osłoną nocy zakradali się do tokijskiego parku w poszukiwaniu zaroślanej pornografii.

By zrobić zdjęcia podglądaczy fotograf sam musiał stać się jednym z nich i wraz z grupą uzbrojonych w aparaty, pełzających w ciemnościach mężczyzn, czołgać się w krzakach w poszukiwaniu zajętych sobą ofiar.

Szukałam zdjęcia, które mogłabym zamieścić w tym tekście, ale żadne się nie nadaje – przez wzgląd na prezentowane treści. Zainteresowani znajdą je oczywiście w sieci, ale to już na własną odpowiedzialność:)

 

Pierwsza edycja Big Brothera przyciągała co tydzień przed ekrany telewizorów 4,5 mln podglądaczy, fot. Adam Chełstowski, Agencja FORUM

Żyjemy podobno w cywilizacji ekshibicjonistycznej, gdzie obnażanie się z prywatności i przeżywanie cudzego życia, przestało być czymś niezwykłym.

I, paradoksalnie, to nas najbardziej obnaża.

Przypisy

1. Wojeryzm – skłonność do podglądania ludzi w sytuacjach intymnych

 

Źródła:

Malarstwo i rysunek Krzysztofa Iwina

Piotr Sarzyński, Oglądanie podglądaczy, Polityka.pl

Podglądacz rekonwalescent, Okno na podwórze, filmweb.pl

Hopper, seria „Rzeczpospolitej”

O zjawisku podglądania na podstawie programu Big Brother

 

Wąsy są teraz modnym tematem, więc mam argument, by przywołać słynną Giocondę z zarostem oraz kpiarza Duchampa i rozwikłać zagadkę tajemniczego tytułu „L.H.O.O.Q.”.

L.H.O.O.Q., Marcel Duchamp. Fot. Agencja FORUM

Oryginalny obraz – ten namalowany przez Leonarda da Vinci (zobacz) – przedstawia postać, której uśmiech został gromadnie okrzyknięty „najbardziej zagadkowym”.

Snuto więc domysły, a zgadywanie, kto został uwieczniony na drewnie topoli i co spowodowało ów grymas na twarzy, stało się zajęciem dla historyków i domorosłych detektywów sztuki na długie lata.

Jeśli to portret Lisy Gherardini (żony kupca o nazwisku Giocondo), to zleceniodawca mógł mieć powody do zazdrości, bo spojrzenie kobiety jest szczególne…

Jeśli to autoportret da Vinci, bo i takie tezy się pojawiały, to dlaczego z twarzą kobiety? Jeśli to wytwór wyobraźni malarza, to po co historycy sztuki tracą czas na popularyzowanie swoich wersji?

Równie zagadkowy jest tytuł słynnej Giocondy z wąsami, autorstwa Marcela DuchampaL.H.O.O.Q. Jeśli zostanie odczytany po francusku, to będzie mu towarzyszyć wstępujący na twarz czytającego rumieniec;)

"Fontanna", Marcel Duchamp. Fot. AFP

To fonetyczna zabawka Duchampa. Artysta ukrył pod tymi literami zdanie „Elle a chaud au cul” , które oznacza dosłownie „ona ma gorący tyłek”. I to jest dopiero wyzwanie dla nałogowych interpretatorów. A może wskazówka… Wulgarne określenie kobiety, czy zwrócenie uwagi na rzekomy homoseksualizm da Vinci?

Pomysły Duchampa są luźno splecionym z kubizmu, surrealizmu i dadaizmu warkoczem. Więcej w nich humoru, konceptu i prowokacji, niż tradycyjnie pojętego procesu tworzenia.

Najlepszym dowodem na takie podejście do tworzenia są tzw. „readymades”, czyli najzwyklejsze przedmioty przedstawiane jako dzieła sztuki. Jeden z przykładów tej dość szczególnej „twórczości” mamy po lewej.

Wystarczyło awansować pisuar do rangi „Fontanny”, by 500 znanych i cenionych ludzi kultury nazwało go „najbardziej wpływowym dziełem sztuki XX wieku”.

Szaleńcy, klakierzy, znawcy sztuki, czy ludzie z poczuciem humoru? Oceńcie sami.

Poza „Fontanną” w zbiorze osobliwych „readymades” znalazły się również takie konstrukcje jak „Koło rowerowe” (osadzone na taborecie koło rowerowe – pierwsza kinetyczna rzeźba), „Szufla do śniegu” i „Suszarka do butelek”.

Nie ulega wątpliwości, że do odbioru prac Duchampa jest potrzebny dość spory dystans i bogata wyobraźnia.

W tych eksperymentach ze sztuką i nadawaniu nowych znaczeń starym przedmiotom artysta miał swój cel. Chciał nauczyć ludzi patrzenia nie oczami, a intelektem.

Jego „readymades” były w istocie rzeczy prowokacyjnym eksperymentem, który miał doprowadzić do powstania nowego rodzaju sztuki – takiej, na którą się nie patrzy, ale w której – poprzez proces myślenia – się uczestniczy.

Fot. understandingduchamp.com

Udało się?

Zanim odpowiecie sobie na to pytanie, rzućcie okiem na zdjęcie po prawej i zastanówcie się, jaką inną rolę mógłby pełnić przedmiot, który zwykle jest brzeszczotem piły…

Skojarzenie, jakie wykorzystał Duchamp, nie jest zbyt skomplikowane. „Dzieło” nosi bowiem tytuł „Grzebień”.

Często przedmiotom tym – o oczywistych skojarzeniach – towarzyszyły pozbawione sensu opisy i abstrakcyjne tytuły.

I tak piła, która w wyobraźni zamienia się w grzebień, miała na odwrocie napis „Trzy lub cztery krople z wysokości nie mają nic z dzikości”. O co mogło mu chodzić? Pewnie o nic. Duchamp po prostu lubił wprowadzać ludzi w stan zakłopotania, a tym samym mobilizować ich do uruchomienia zastanej wyobraźni i udania się na wyprawę w zakamarki podświadomości.

Dla Duchampa było oczywiste, że sztuka pojawia się tam, gdzie intencja autora krzyżuje się z reakcją odbiorcy. W tym rozumieniu dzieło sztuki nie ma racji bytu bez zaangażowania w proces tworzenia drugiej osoby, będącej obserwatorem.

To ciekawa nobilitacja odbiorcy. Artysta rzuca składniki, odbiorca gotuje według własnych smaków i potrzeb. Warto więc w konfrontacji ze sztuką gdybać, nawet jeśli te interpretacje wydają się czasem niedorzeczne i nierealne.

Co by było, gdyby babcia miała wąsy? Duchamp.

Źródła:

Rhonda Roland Shearer, Stephen Jay Gould, Duchamp’s L.H.O.O.Q.

Making sense of Marcel Duchamp

The Leonardo Da Vinci Mona Lisa

 

 

Down w 3D

Kategorie: Fotografia, Rysunek i malarstwo, Teatr | Tagi: , Teatr 21, Tomek Meuś, wystawy, , zespół Downa | 23 marca 2011

Przywykliśmy do oglądania na arcydziełach ludzi zdrowych, choć w historii sztuki nie brakuje portretów osób z wadami genetycznymi, chorych psychicznie i fizycznie niepełnosprawnych. Gdy w malarstwie, rzeźbie czy fotografii pojawia się o jeden chromosom za dużo, to obok wrażeń związanych z patrzeniem na obraz, patrzący (a nie portretowany) jest poddawany terapii. „Down w 3 D” to wystawa zdjęć Tomka Meusia, którą można oglądać w warszawskim Fotoplastikonie.

Jedno ze zdjęć prezentowanych na wystawie "Down w 3D - Życie w pełnym wymiarze". Fot. Tomek Meuś

Na zdjęciach Meusia są ludzie, którzy dążą do normalności, choć ze swojej miłości nie wyczarują nic więcej od zwykłego spotykania się, bo nie mogą zawierać małżeństw. W ramionach tulą lalki – zespół Downa ogranicza, choć nie wyklucza, zdolności rozrodczych. Welon na głowie to tylko mistyfikacja. Emocje są prawdziwe.

"O jeden chromosom za dużo - Ostatnia wieczerza". Fot. currentmedia.org

Dodatkowy chromosom w 21 parze zamyka dorosłym osobom z zespołem Downa furtkę do „normalnego” świata i zaspokajania jednej z podstawowych potrzeb – założenia własnej rodziny.

Choć erotyka, miłość, czułość są w ich życiu obecne, a nawet – co jest spowodowane chorobą – spotęgowane, niemożność wykorzystania ich we własnej rodzinie, zamyka chorych w społecznej klatce.

Zdjęcia Meusia (TUTAJ możesz je zobaczyć) powstały jako ilustracje do poradników na temat seksualności osób niepełnosprawnych intelektualnie.

O wystawie tyle. Kto nie widział, niech spieszy do warszawskiego Fotoplastikonu, bo to już ostatni dzień, kiedy można ją oglądać. Szczegóły TUTAJ.

Informacja o tej wystawie skłoniła mnie do poszukiwań obecności i zaangażowania osób z zespołem Downa w sztukę.

Znalazłam bardzo nietypową wersję (powyższa ilustracja) słynnego obrazu Leonarda da Vinci. W tej odsłonie „Ostatniej Wieczerzy” apostołowie mają o jeden chromosom za dużo…

Obraz z wystawy "Rytm życia" Weroniki Karwowskiej. Fot. zyciewarszawy.pl

Na tę chorobę cierpi również Matka Boska z obrazu Weroniki Karwowskiej.

- Gatunek portretowy w malarstwie od wielu lat wiąże się z przedstawianiem osób ważnych, zasłużonych, pięknych, cenionych – mówi Weronika Karwowska. Zastosowanie tej formy dla pokazania moich bohaterów – osób z zespołem Downa – ma na celu dodanie im, chociaż symbolicznie, dostojeństwa i społecznej ważności, ale również pokazanie ich jako zwykłych ludzi ze zwykłymi marzeniami, dążeniami, tęsknotami – dodaje artystka (wypowiedź zaczerpnięta z zyciewarszawy.pl).

Na początku XVI wieku powstał zagadkowy obraz „Adoracja Dzieciątka Jezus”.

Według lekarza Andre Leviatsa na malowidle widać dwie postaci, które mają zespół Downa. Jedna z nich to anioł, druga – postać obok Matki Boskiej.

Jeśli lekarz się nie myli, to mamy do czynienia z pierwszą malarską dokumentacją tej choroby – na 3,5 wieku przed opisaniem jej przez Johna Langdona Downa.

Osoby cierpiące na ten zespół pojawiają się w sztuce jako portretowani. Biernemu udziałowi towarzyszy również aktywny – nie tylko na warsztatach terapii zajęciowej. Osoby z Downem malują, rysują, rzeźbią i występują na scenie.

Przy Zespole Społecznych Szkół Specjalnych „Dać szansę” w Warszawie od kilku lat działa Teatr 21.

Członkami zespołu są uczniowie szkoły – osoby z zespołem Downa oraz z autyzmem (zdjęcie poniżej).

Spektakl "Portret" w wykonaniu Teatru 21 (aktorzy tego teatru to osoby z zespołem Downa). Fot. e-teatr.pl

Fragment obrazu "Adoracja Dzieciątka Jezus" namalowanego na początku XVI wieku, fot. metmuseum.org

Odnoszę wrażenie, że terapii bardziej potrzebują odbiorcy sztuki – ludzie zdrowi.  Tym, którzy mają o jeden chromosom za dużo, taka rzeczywistość wydaje się normalna. Zdrowi widzą różnice. Czasem więc potrzebują lekcji oswojenia.

Źródła:

Plastikon Warszawski

„Rytm życia” Weroniki Karwowskiej w 1500m2, zyciewarszawy.pl

Zakątek 21

Barbara Gruszka-Zych, Kochać sto razy mocniej, opoka.org

Currentmedia.org

 

Szczyt ludzkiej ciekawości

Kategorie: Performance, Rysunek i malarstwo, Rzeźba | Tagi: David Černý, Entropa, metaweryzm, Piotr Szmitke | 22 marca 2011

Za próbę udowodnienia światu, że Czechy są krajem nieskażonym cenzurą, państwo – które w ten sposób chciało uświetnić swoją prezydencję w UE – zapłaciło wysoką cenę. Miało być oryginalnie i było, tylko wszyscy się poobrażali. Nawet Polska, którą David Černý (twórca) uszczypnął kartofliskiem. Ale nie będzie o „Entropie”, bo to jedno z nudniejszych przedsięwzięć Czecha. Zaczniemy od zwiedzania „Nogotyłków”…

Zwiedzający instalację "Nogotyłki" Davida Cernego, fot. davidcerny.cz

Dwa białe monstrualne „nogotyłki”, wysokie na ponad pięć metrów, znajdują się w praskiej galerii Futura. Zwiedzający mogą do nich wejść po drabinie i wsadzić do środka głowę.

Oryginalna nazwa tej instalacji to „Brownnosers”. Piszę o tym, bo polskie tłumaczenie zupełnie pozbawia tę konstrukcję pierwotnego sensu. W języku angielskim określenie „brown nose” to wulgarny (i jakże obrazowy!) idiom, oznaczający „wazeliniarza”.

Pomysł jest przewrotny, bo u Černego staje się nim każdy, kto wchodzi po drabinie.

Wrażenia mogą się wydawać wątpliwe. Ale bez względu na to, jakie odczucia budzi ta dość turpistyczna instalacja, ciekawość jednak bierze górę…

Instalacja z brązu pt. "Przystanek", Liberec. Fot. davidcerny.cz

W Libercu oczekujący na autobus mogą się schronić pod stołem. Instalacja „Przystanek” (oryg. „Zastavka”) została wykonana z brązu.

Pod dachem, którym jest blat suto zastawionego stołu, znajdują się krzesła. I wszystko – na pozór – wygląda normalnie. Instalacja została w bardzo ciekawy sposób wtopiona w miejską przestrzeń, stając się zarazem jej elementem użytkowym i dekoracyjnym.

Černý przywołuje wspomnienia z dzieciństwa, gdy kryjówka pod stołem wydawała się jednym z bezpieczniejszym miejsc, a obrus łagodnie wyciszał dźwięki dochodzące ze świata zewnętrznego. Zwykle przystanki (przynajmniej polskie) są chłodnymi przechowalniami oczekujących i spóźnialskich. W Libercu „Zastavka” dokarmia sztuką.

"Sikający" (Praga). Fot. davidcerny.cz

Na talerzu leży odcięta głowa z wbitym w nią nożem i niedbale rzuconym widelcem. Nadlatują muchy, które stają się zarazem jedzącymi, jak i jedzonymi, bo w wazonie czeka na nie kolejne ogniwo łańcucha pokarmowego – muchołówka, jedna z mięsożernych roślin (po czesku masožravka:). I to jest ten drugi, „dorosły” świat.

I jeszcze jedno, najbardziej oczywiste skojarzenie – z Alicją z Krainy Czarów. Tylko zjedzenie kiełbasek leżących obok stołu niczego nie zagwarantuje…

W Pradze znajduje się najwięcej instalacji i rzeźb Černego. Po lewej „Sikający” – czyli wykonani z brązu mężczyźni, którzy – dzięki pociętym na płaszczyzny ciałom i zainstalowanym w nich mikroprocesorom – poruszają się i „piszą” na wodzie różne sentencje.

Obok instalacji znajduje się numer telefonu. Można wysłać smsa wpisując treść, jaką chciałoby się zobaczyć na wodzie. Panownie „wysikają” ją na życzenie. To takie praskie smoki wawelskie…

Ten "pan" miał siedzieć na gmachu Teatru Narodowego w Pradze. Fot. davidcerny.cz

Powyższy pomysł czeskiego artysty nie doszedł do skutku, choć jego realizacja została zaplanowana na maj 2003 r. – tuż przed referendum dotyczącym akcesji Czech do Unii Europejskiej .

"Wisielec", 1997 r. Rzeźba instalowana była w wielu miejscach. Fot. davidcerny.cz

Idea „zraszania” przechodniów w ustalonych interwałach czasowych i wprowadzenia przez to elementu zaskoczenia, nie była jednak przekonująca i z pomysłu zrezygnowano pod koniec lutego 2003 r.

„Wisielec” (po lewej) gościł w wielu miejscach. Rzeźbę instalowano między innymi na gmachu National Theatre w Londynie. Prawie jak irański „pejzaż” z ludźmi powieszonymi na dźwigach.

Instalację Černego („Golem”) znajdziemy również u nas, dokładniej – w Poznaniu. Jednym ze sztandarowych miast „wielkiego kartofliska”, czyli Polski z kontrowersyjnej instalacji „Entropa”.

Wracam do niej, bo trzeba wspomnieć, że Czech został oskarżony o oszustwo i defraudację pieniędzy, które otrzymał w ramach wynagrodzenia za wypożyczenie dzieła (a było to 50 tys. euro). David Černý wykonał każdy z 27 elementów konstrukcji samodzielnie lub przy pomocy współpracowników, którzy – jak się później okazało – nigdy nie istnieli.

Černý, na potrzeby projektu, wymyślił sobie fikcyjne postaci i stworzył im nawet strony internetowe.

Oszustwo czy sztuka? Przedstawiciele metaweryzmu (nowy kierunek w sztuce współczesnej – jego twórcą jest Polak Piotr Szmitke) uznali, że sztuka i wręczyli mu w Katowicach statuetkę z brązu – Nagrodę za krzewienie metaweryzmu w Europie.

W kierunku tym istnieje bowiem pojęcie „inkarnacji metawerystycznych” – procesu cudownego rozmnożenia się artysty. Obrazowym przykładem jest tu Anita Grimberg, cierpiąca na rozdwojenie osobowości artystka, która występuje pod postaciami dwu sióstr bliźniaczek. Černý, ze swoją „defraudacją” doskonale wpisuje się więc w te ramy.

Dla zainteresowanych: Piotr Szmitke i metaweryzm z Polsce

W Galerii Extravagance w Sosnowcu otwarto wystawę najnowszych,  w większości wcześniej nie prezentowanych prac Piotra Szmitkego – autora metaweryzmu. Cykl imprez, w tym dwóch wystaw i odsłonięcia nowej rzeźby „wbitej w ścianę jednej z katowickich kamienic”, ma być celebracją 30-lecia twórczości inderdyscyplinarnego twórcy.

Retrospektywną wystawę prac Szmitkego przygotowało także Muzeum Historii Katowic. Będzie można również zobaczyć film według scenariusza Piotra Szmitkego pt. „Zbrodnia Ikara”, w kwietniu zaplanowano wykłady artysty, m.in. na temat kategorii fikcyjności w sztuce XX w., a także promocję tomiku jego wierszy „Resztki z dań”.

WIĘCEJ:

David Cerny – oficjalna strona artysty

Historia metaweryzmu

Piotr Szmitke

Mariusz Szczygieł, Zrób sobie raj, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec, 2010

Jeśli masz w planach zamówienie portretu, by potomni zapamiętali Cię jako dostojnego przodka, przewertuj najpierw książki z reprodukcjami znanych dzieł sztuki. Twoja twarz nie jest niepowtarzalna i pewnie odnajdziesz ją na którymś z najbardziej znanych obrazów…

"Portret modelki Jane" Alfonsa Karpińskiego, fot. .pinakoteka.zascianek.pl (L) oraz Amy Winehouse, fot. AFP (P)

Podobieństwo do jazzowo-soulowej artystki Amy Winehouse znajdziemy na przykład na obrazie Alfonsa Karpińskiego „Portret modelki Jane”. Karpiński, na stałe związany z Krakowem, malował pejzaże miejskie, kobiety i kwiaty. W wyrafinowanych portretach kobiecych można dostrzec inspirację sztuką J. McNeila Whistlera, a także sztuką japońską.

Nieco bardziej ekscentrycznego portretu doczekała się Anna Fotyga… Witkacemu, jako jednemu z niewielu, udało się wydobyć z twarzy pani minister emocje.

Portret namalowany przez Witkacego, fot. culture.pl. Anna Fotyga, fot. AFP

O Putinie, który pojawia się na obrazie „Zaślubiny Arnolfinich” i błogosławi światu („Portret małżeństwa Arnolfinich”) Jana van Eycka już pisałam. Podobieństwo jest uderzające.

Fragment obrazu "Zaślubiny Arnolfinich" Jana van Eycka i Wladimir Putin, fot. AFP

W „Autoportrecie w zbroi” Jacka Malczewskiego można dostrzec podobieństwo do aktora Johna Malkovicha.

"Autoportret w zbroi" - Jacek Malczewski, fot. zwoje-scrolls.com. John Malkovich, fot. AFP

Portret Stefana Glassa, narysowany przez Witkacego, z twarzą łudząco podobną do pana prezydenta miał zawisnąć w ambasadach RP na całym świecie, ale jakoś nikt nie podjął tematu;)

Portret Stefana Glassa namalowany przez Witkacego oraz Bronisław Komorowski, fot. AFP

I jeszcze jeden przykład. Własnego portretu u wielkiego mistrza doczekała się nawet opiekunka Stasia z serialu „Usta usta”. Antonię Zarate namalował Francisco de Goya.

Portret Antonii Zarate - Francisco De Goya, fot. art.com. Elena Leszczyńska - Oksana z serialu "Usta usta", fot. filmpolski.pl

 

W 1999 roku w szarzyznę na polskich billboardach wgryzła się kampania „stanów wyzwolonych”, która – dzięki interesującym kontaminacjom językowym – połączyła nazwy stanów Ameryki Północnej ze stanami, jakie (według pomysłodawcy) osiąga się po wypaleniu papierosa.

Kampania "Golden American - Twoje stany wyzwolone". Zdjęcie udostępnione dzięki uprzejmości Ogilvy.

Pląsylwania, Spontana, Massauciechs, Sexas, Bawizona, Beztraska i Coloradość. Pamiętacie te billboardy z poprzedniego stulecia?

Zabawy językowe niewinnie wciągają do świata „zadymy” i luzu. Poza słowotwórczym pląsem pomysł na kampanię dostarcza „masy uciech”, bo oto w Coloradości pojawia się zawoalowany Matisse ze swoim najbardziej znanym obrazem „Taniec”.

"Taniec", Henri Matisse. Fot. AFP

W dorobku Matisse’a znajdziemy dwa, niemal bliźniacze obrazy „Taniec”. Na drugim, namalowanym w 1910 r. (powyżej), który znajduje się w  Ermitażu w Sankt Petersburgu, artysta wzmocnił barwy, nadając im bardziej fowistyczny charakter. Zadbał również o detale.

Logo olimpiady w Rio de Janeiro (2016 r.). Fot. AFP

Dynamiczna kompozycja obrazu, podkreślona przez silne odcięcie trzech dominujących barw, a także swego rodzaju oszczędność w oddaniu charakteru pląsających postaci sprawia, że obraz staje się łakomym kąskiem dla grafików, plastyków…

Inspirację obrazem Matisse’a widać między innymi w logo, które będzie znakiem olimpiady w Rio de Janeiro w 2016 r.

Choć nawiązanie do tego dzieła sztuki jest ewidentne, pomysłodawcy twierdzą, że wszelkie podobieństwa – nie tylko do malowidła Matisse’a, ale także do logo Telluride Foundation (poniżej), co również było sugerowane – są całkowicie przypadkowe.

Fred Gelli, dyrektor kreatywny agencji Tatil, która wygrała konkurs na projekt logo, dostrzega zbieżności między wymienianymi, rzekomymi inspiracjami a projektem, ale zapewnia, że nie było to działanie intencjonalne.

Takie tłumaczenia wydają się być naciągane i nie do końca zrozumiałe. W inspirowaniu się dziełami sztuki nie ma niczego złego. To dobrze świadczy o agencjach reklamowych, że zatrudniają ludzi, którzy orientują się w historii sztuki. Ponieważ jednak granica między inspiracją a plagiatem bywa dyskusyjna (twórcy znaku graficznego olimpiady byli oskarżani o plagiat), do ekipy pasjonatów sztuki warto dokooptować dobrych prawników ;)

Logo Telluride Foundation, fot. thelogofactory.com

Źródła:

Konrad Juszczyk, Karambol kalamburowy

Prawa zależne w polskim prawie autorskim

Ogilvy.com

Dalimatias

Kategorie: Architektura, Design, Reklama, Rysunek i malarstwo | Tagi: , psychoanaliza, , , , skojarzenia, , , wyobraźnia | 16 marca 2011

Gdy dzwoni telefon, to trzeba przyłożyć homara do ucha. Podobno pomaga.

Telefon-homar, Salvador Dali. Fot. AFP

Świat Salvadora Dali, w którym czas odliczają wiotkie zegary, a zaspani znikają w mięsistych ustach kanapy otwiera kolejne szuflady wyobraźni. To jeden z najbardziej rozpoznawalnych światów w historii sztuki, który na hasło „Dali” uruchamia w umyśle gigantyczną chmurę słów-kluczy: Gala, płonąca żyrafa, surrealizm, szuflady, zegary, podkręcony wąsik…

Jakie kształty dostrzegasz w chmurach z pierwszego zdjęcia? Fot. AFP

Mnogość motywów pozlepianych sennymi fantazjami i lękami wydaje się być efektem odwróconego kalejdoskopu, w którym szkiełka się celowo rozsypuje, a nie układa w regularne kształty.

W twórczości Dalego rozum traci stołek przewodnika. W jego miejsce artysta angażuje sen i zaprasza do wędrówek po bezdrożach podświadomości.

W fantastycznym świecie, pełnym amorficznych bytów, zdeformowanych ciał ludzi i zwierząt przewijają się elementy charakterystyczne dla więcej niż jednego obrazu. Wśród nich – skały.

Nie jest to jakiś przypadkowy krajobraz. Na skalistym wybrzeżu Cape Creus w Katalonii Dali bawił się wyobraźnią i wyławiał spośród kamiennych fasad zaskakujące kształty.

Gdy dziś płynie się łodzią wzdłuż wybrzeża, można się podobno poczuć, jakby się było elementem jednego z malowideł Salvadora Dali. Te wszystkie żywe „rzeźby”, które dostrzegł artysta, nadal tam są (jeśli chcesz je zobaczyć, zobacz część II materiału BBC – linki pod tekstem).

Ta zabawa przypomina gapienie się w niebo i szukanie zwierząt, twarzy oraz innych kształtów wśród skłębionych chmur. Na zdjęciu obok wypatrzyłam podstarzałego (ma siwy pysk), ufryzowanego pudla. Ale ktoś może dostrzec czającego się za nim niedźwiedzia z głową zwróconą w przeciwną stronę…

Rozwijanie wyobraźni jest jednym z największych osiągnięć surrealizmu.

Czy patrząc na tę reklamę Ikei widzisz tylko balkony? Czy gdybyś miał przywołać artystę, z którym kojarzy ci się ten pomysł, to nie wymieniłbyś Salvadora Dali, który często posługiwał się tym właśnie motywem (m. in. w „Płonącej żyrafie”)?

"Bigger Storage Ideas" - reklama Ikei. Fot. Ogilvy.de

Portret Salvadora Dali "In Voluptate Mors". Zdjęcie wykonał Philippe Halsmann. Fot. AFP

W pracach Salvadora Dali widać bunt przeciw konwencjom, klasycyzmowi, realizmowi – spełniają wszystkie kryteria wyznaczone w latach 20 XX wieku przez surrealistów.

Przedstawiciele tego kierunku, zafascynowani psychoanalizą oraz wszelkimi nadrealnymi zjawiskami, wkraczali na poletko Carla Gustava Junga i Zygmunta Freuda.

Kierunek ten – w najbardziej fantastyczny sposób – odkrywał drzemiącą pod kołdrą wyobraźnię i pobudzał ją do podwójnego widzenia świata.

Na zdjęciu po prawej, które jest portretem artysty wykonanym przez Philippe Halsmanna, widać zarówno czaszkę, jak i oryginalny, zbiorowy akt. Doskonały portret ducha surrealizmu…

Z osiągnięć artystów zaliczanych do tego kierunku czerpie pełnymi garściami przemysł reklamowy. Poza kampanią Ikei opracowaną przez Ogilvy mamy jeszcze inny znamienity przykład przeniesienia sztuki na ten grunt.

W kampanii przygotowanej dla Perriera firma Ogilvy Paris przywołała inny obraz Salvadora Dali – „Cieknące zegary” (znane również pod tytułami „Miękkie zegary”, „Uporczywość pamięci”, „Trwałość pamęci”).

W perfekcyjny sposób oddano tu „cieknącą” pod wpływem upału rzeczywistość, którą do stałego stanu skupienia może przywrócić jedynie reklamowany produkt.

Reklama opracowana przez Ogilvy Paris dla Perriera, fot. welcometohr.com

„Miękkie zegary” można również kupić w formie dizajnerskich gadżetów. Mało praktycznych, ale cytujących idealnie sztukę, prezentów dla fanatyków wnętrz.

Dorobek surrealistów, jeśli tylko chce się go odbierać wielowymiarowo, jest studnią bez dna. Można złowić trampka albo homara.

 

Trzeci królik

POLECAM mistrzowsko przygotowany przez BBC materiał o Salvadorze Dalim -  z serii Modern Masters.

Każda z części trwa około 10 minut. Dla tych, którzy nie mogą sobie pozwolić na obejrzenie całości, krótkie opisy-hasła w nawiasach, żeby mogli dotrzeć dokładnie do tych informacji, które ich interesują).

Część I (dzieciństwo Salvadora Dali, początki surrealizmu, rozmowa z biografem)

Część II (rozmowa ze specjalistą od psychoanalizy, podwójne odbieranie rzeczywistości, skały w twórczości Salvadora Dali)

Część III (związek z Galą, dom Salvadora Dali, interakcja z dziełem sztuki i najbardziej erotyczna kanapa)

Część IV (wpływ twórczości Salvadora Dali na współczesnych artystów, co łączy Salvadora Dali z dmuchanym homarem, surrealizm w modzie)

Część V (sekwencja snu opracowana przez Salvadora Dali do filmu Hitchcocka „Zauroczona”, Dali i Walt Disney, Dali-ekscentryk,

Część VI (Co zrobił Dali z Marilyn podarowaną przez Warhola? Muzeum jak mózg Salvadora Dali)

Kolor skóry ma znaczenie

Kategorie: Obyczaje | Tagi: Holi, , , | 15 marca 2011

Ale tylko w czasie święta Holi podczas wyjątkowego i bardzo „malarskiego” powitania wiosny. Barwniki sypią się z nieba, a woda, która spływa na świętujących, tworzy na ich twarzach żywe „dzieła sztuki”.

Święto Holi w Indiach, fot. AFP

Na kilka dni przed festiwalem ludzie zaczynają gromadzić drewno na największych skrzyżowaniach. W wigilię święta Holi palą na stosach kukłę Holiki, która podstępem próbowała uśmiercić Prahladę – oddanego wielbiciela Narajany (uosabianego w późniejszym okresie z Wisznu i Kryszną). To dzień nazywany Holika Dahan. Do historii i rytuałów związanych z tym świętem odsyłam jednak TUTAJ.

Dzień później na ulicach Indii i twarzach bawiącego się ludu ląduje „cała góra barwników” i wiadra wody. Z mieszanki podsycanej entuzjastycznym witaniem wiosny rozkwitają żywe, nasycone kolorem portrety.

Takie, jakich nie zobaczycie na żadnej wystawie.

Dzieci bawiące się na ulicy w czasie święta Holi, fot. Getty Images

W Indiach nacieranie twarzy barwnikami jest kolorową tradycją związaną ze świętem Holi, fot. AFP

Fot. AFP

W tym roku świętowanie rozpocznie się w sobotę 19 marca.

POLECAM:

Pudrowe odcienie Holiniezwykła galeria na blogu Piotrka Macury (990px.pl)

Festiwal w Indiach (galeria zdjęć)

Wszystko o święcie Holi na stronie holifestival.org

 

Jak daleko może się posunąć artysta przedstawiający Madonnę z Dzieciątkiem? Okazuje się, że fantazja niektórych malarzy wykraczała daleko poza granice przyzwoitości, a wyobrażenia Dzieciątka Jezus meandrowały dość swobodnie, tworząc gigantyczne zakola interpretacyjne: od dziecka z twarzą starca, ciałem schorowanego otyłego człowieka, czy postaci przypominającej bardziej tolkienowsko-jacksonowskiego Golluma.

Fragment obrazu Jana van Eycka "Madonna kanclerza Rolin" (1435 r.)

Oto subiektywny (co szczególnie podkreślam) ranking najbrzydszych Dzieciątek. Na Madonny przyjdzie pora.

1. Jezus z obrazu „Madonna kanclerza Rolin” – Jan van Eyck (powyżej)

Obraz ten powstał na zamówienie burgundzkiego kanclerza – Nicolasa Rolin, który został także uwieczniony na malowidle. Jan van Eyck nie powstrzymał się od wymierzenia w swojego „chlebodawcę” ostrza ironii, ukazując go jako bezwzględnego pyszałka patrzącego, owszem, na Matkę Boską z Dzieciątkiem, ale jakby gardzącego ich majestatem.

Wątpliwa pobożność fundatora zdaje się tu nie być żadną tajemnicą.

Na drugim planie jest godny uwagi pejzaż – tętniące życiem miasto, zatłoczony most, wysepka i barki. Inny świat – gwarny i doczesny.

2. Jezus z obrazu „Madonna kanonika van der Paele” – Jan van Eyck

Fragment obrazu "Madonna kanonika van der Paele" Jana van Eycka

Matka Boska z pogardą spogląda na zleceniodawcę – kanonika Jorisa van der Paelem, którego van Eyck przedstawił jako nadętego starca, nie darując mu ani jednej zmarszczki, brodawki i potężnej łysiny.

Z obrazu wieje egzotyką. Mały Jezus trzyma w ręce papużkę i bukiet kwiatów.

Obraz jest utrzymany w konwencji „Madonny kanclerza Rolin” – nie tylko, jeśli weźmiemy pod uwagę kompozycję, ale przede wszystkim pogardliwe przedstawienie zleceniodawcy…

3. Jezus z obrazu „Święta Rodzina” Martina Schongauera

Fragment obrazu "Święta Rodzina" Martina Schongauera (1475-80)

Madonna karmi Dzieciątko winogronami. Owoce te są symbolem Eucharystii – czyli zapowiedzią śmierci Jezusa.

Twórczość Martina Schongauera, niemieckiego malarza i rytownika, pozostaje pod wielkim wpływem Rogera van der Weydena.

4. Jezus z obrazu „Madonna z motylami” Jeana Malouela

Fragment obrazu "Madonna z motylami" Jeana Malouela (1412 r.)

Madonna z Dzieciątkiem to jeden z najczęściej podejmowanych w malarstwie (i rzeźbie) tematów. Postaci zwykle przedstawiane są w otoczeniu symboli. Jabłko to symbol panowania, ale także zbawienia; kiść winogron – śmierci, jaskółka – zmartwychwstania, a krzyż – męczeństwa.

Najczęściej są to obrazy pełne macierzyńskiego ciepła lub pełnego powagi majestatu, a przedstawiane postaci – wyidealizowane. Zdarza się jednak, że malarze robią niewinny skok w bok i – unikając odbitek z ugłaskanej sztampy – wprowadzają zamęt do przyjętych od wieków wyobrażeń świętych.

5. Jezus z obrazu „Madonna z Dzieciątkiem” Albrechta Durera

Fragment obrazu "Madonna z Dzieciątkiem" Albrechta Durera. Fot. Agencja FORUM

ŹRÓDŁA:

Van Eyck, Klasycy sztuki, „Rzeczpospolita”

„Dzieciątko Jezus w sztuce” (Przewodnik Katolicki)

Madonna w sztuce